„Z Krapkowic na dach świata” – wywiad z podinsp. Jarosławem Żakiem - Aktualności - Policja.pl

Aktualności

Strona znajduje się w archiwum.

Opole

„Z Krapkowic na dach świata” – wywiad z podinsp. Jarosławem Żakiem

Data publikacji 24.09.2015

Podinsp. Jarosław Żak – pasjonat podróży, w służbie w Policji od 25 lat, mieszkaniec Krapkowic, absolwent Uniwersytetu Opolskiego, I Zastępca Komendanta Powiatowego Policji w Krapkowicach - podróżnik.

Skąd wzięło się to zamiłowanie do podróży?

Zawsze ciągnęło mnie w stronę podróży, w końcu wychowałem się na książkach Alfreda Szklarskiego o przygodach Tomka Wilmowskiego i już jako młody chłopak miałem marzenie by zwiedzać świat, a najlepiej pracując jako pilot wycieczek. Życie jednak potoczyło się inaczej i od  25 lat służę w Policji, a że o dawnych marzeniach się nie zapomina - kilka lat temu ukończyłem kurs, zdałem egzamin państwowy i uzyskałem licencje pilota wycieczek. Z drugiego zawodu na razie nie korzystam, ale zdobyta wiedza przydaje się podczas  prywatnych wyjazdów.

Pana pierwsze podróże?

Pierwsze podróże były jeszcze przed wstąpieniem do Policji. Na miarę tamtych czasów i możliwości, były to pobliskie kraje: Węgry, Czechy, Austria, Rosja. Na początku służby było trochę przerwy w podróżowaniu, później wstąpiłem do  Międzynarodowego Stowarzyszenia  Policji IPA, dzięki czemu miałem możliwość poznać wielu  zagranicznych policjantów  i  niejednokrotnie  odwiedzać  przyjaciół z IPA na Węgrzech w Niemczech, w Chorwacji, w Słowenii, we Włoszech czy Wielkiej Brytanii.    

IPA to wyjazdy w Europie, a jak się zaczęły Pana dalsze podróże?

Zaczęło się w 2012r. wyjazdem do Indii. Wśród osób podróżujących, jest takie powiedzenie, że jak byłeś w Indiach to już nic cię na świecie nie zaskoczy. I to jest prawda. Kraj jest specyficzny i potrafiący zaskakiwać. Wielu podróżujących zostawia go sobie na dalszy etap, gdy już „okrzepną” w podróżowaniu. Ja nieświadomie wybrałem Indie na początek i jestem z tego zadowolony.  

Jak Pan organizuje te podróże? Jeździ Pan sam na własną rękę czy z biurami podróży?

Pierwsze moje wyjazdy były organizowane przez  biura specjalizujące się w wyprawach trampingowych, dla małych kilkuosobowych  grup. Wyprawy takie różnią się od standardowych wycieczek objazdowych tym,  że w trakcie podróży nocujemy w małych hotelach, hostelach, w prywatnych domach lokalnych mieszkańców, a nawet w namiotach. Korzysta się z miejscowej komunikacji, je w lokalnych restauracjach, co pozwala poznać specyfikę danego kraju; wycieczki trampingowe dają uczestnikom większą swobodę w odkrywaniu danego regionu. Obecnie  jednak zacząłem sam, na własną rękę, organizować wyjazdy. Taka forma daje większą swobodę i niezależność w trakcie podróży. Na przełomie czerwca i lipca, byłem  w  Indiach przez 3 tygodnie i  była to już wyprawa samodzielnie przygotowana.

Indie jak Pan mówił to specyficzny kraj, jak Pan to wszystko zaplanował?

Przede wszystkim podszkoliłem swój angielski, ponadto nawiązałem kontakt z lokalnym biurem w Delhi, gdzie pomogli mi zorganizować „logistykę” mojego wyjazdu jak  organizacja transportu,  zaproponowali hotele itp.

Życie zawsze niesie ze sobą niespodzianki i koryguje nasze plany, tak było i tym razem. Jeden z szefów biura, już pierwszego dnia, nie tylko  pokazał mi  atrakcje w Delhi, do których zazwyczaj biali turyści nie trafiają, ale zaproponował lekką zmianę moich planów i zaprosił  do siebie do domu na wsi (400 km od Delhi) z czego oczywiście  skorzystałem. Mieszkając z jego rodziną, byłem z dala od turystycznych szlaków,  miałem możliwość zobaczyć jak na co dzień żyją mieszkańcy Indii, poznać ich zwyczaje, kulturę, kuchnię, tradycji. Jak się okazało w pobliskiej  miejscowości jest klinika ajurwedy - tradycyjnej medycyny indyjskiej. Jako, że wiele czytałem wcześniej  o jej zaletach zdrowotnych, postanowiłem to  sprawdzić osobiście.  Ponownie lekka korekta planu pobytu i przez tydzień przebywałem w pięknym kurorcie, oddając się w ręce lekarzy i instruktorów, którzy poprzez masaże, sauny, akupresurę, ćwiczenia jogi i  medytacje  „ładowali moje baterie” przed dalszą podróżą.

Moim celem wyjazdu były Himalaje, a konkretnie  Ladakh – „Indyjski raj” - tak  mieszkańcy nazywają ten region i zamierzałem tam się dostać drogą lądową. Jak się okazało  nazwa „droga” to zbyt wielkie słowo i  zupełnie nie przystaje do naszego o niej wyobrażenia. Odcinek 400 km z Manali do Leh pokonuje się w 2 dni, z noclegiem w namiocie  na  wysokości 4000 m. Jednak piękno gór i wrażenia z podróży, w pełni rekompensują trudy podróży i szybsze bicie serca spowodowane jazdą na skraju przepaści, gdy trzeba się minąć z ciężarówką  lub gdy droga zamienia się w górski potok.  Po kilku dniach pobytu w  miejscowości Leh, do Delhi wróciłem już  samolotem.

Indie to kraj bardzo barwny, różnorodny, którego kultura nie jest skażona cywilizacją. Ludzie, którzy w większości  są biedni, a  jednocześnie bardzo życzliwi i sympatyczni. Jest to kraj kontrastów – gdzie bieda przeplata się z bogactwem, a tradycja z nowoczesnością.  Indie można pokochać lub się do nich zniechęcić, ale nie da się  być  wobec tego kraju obojętnym.

Po jakich krajach Pan jeszcze podróżował?

Łącznie odwiedziłem 23 państwa, ale z takich bardziej egzotycznych to oprócz Indii  zwiedziłem: Meksyk, Kubę, Peru, Boliwię, Nepal, Tajlandię, Laos, Kambodżę, Wietnam.

Które z odwiedzonych miejsc czy  państw wywarło na Panu największe wrażenie?

Trudno wskazać  takie jedno miejsce. Każdy kraj, czy region  jest inny i co innego oferuje. Himalaje i Andy to piękne górskie krajobrazy, gdzie na wysokości 5000 m n.p.m  jeździłem samochodem ,  co robi wrażenie  porównując do naszych Tatr.  Indie, jak i cała Azja, to życzliwi oraz uśmiechnięci ludzie - i nie są to uśmiechy sztuczne dla turystów, ci ludzie tacy są z natury. Peru i Boliwia z kolei zachwyca zabytkami cywilizacji Inków, gdzie wielotonowe bloki skalne były  obrobione i dopasowane z taką dokładnością, że kartki papieru pomiędzy wcisnąć się nie da.

Niesamowity jest synkretyzm w Meksyku, gdzie wierzenia i rytuały indiańskie wymieszane są z europejskimi, a w  kościele katolickim w San Juan Chamula za 140 peso  można wynająć szamankę, by wypędziła chorobę z organizmu. Tak więc każde z państw  ma swój urok i pozostawia inne wrażenia.  

A kuchnia gdzie Panu najbardziej odpowiada?

Tutaj, podobnie jak z  życzliwością i uśmiechem ludzi - zwycięża Azja czyli Indie, Tajlandia, Laos, Kambodża itd. Jedzenie jest smaczne, tanie i łatwo dostępne. Liczne uliczne bary w których żywią się lokalni mieszkańcy, oferują doskonałe  miejscowe potrawy, z których korzysta wielu turystów. Trzeba jednak przyznać, że wielokrotnie w tych barach, nasze poczucie estetyki i higieny, zostaje wystawione na wielką próbę.   

Były sytuacje podczas podróży, w których się Pan bał?

Może nie tyle było to uczucie strachu, co lekka nutka niepewności ściskająca serce. W Nepalu zdecydowałem się spróbować paraglidingu (lot na paralotni). Japoński instruktor podpięty ze mną w uprzęży, kazał biec po zboczu góry dopóki nie powie aby przestać. I tak biegliśmy, góra się kończyła, w dole ogromna przepaść, a on nic nie mówił… Ale wrażenia z lotu  były niesamowite…

Najprzyjemniejsze momenty podczas podróży to…

Cała podróż to przyjemność. Żeby zobrazować co to dla mnie znaczy, posłużę się słowami Steva  McCurry (fotografa pracującego dla National Geographic, którego zdjęcie dziewczynki afgańskiej  stało się słynne na całym świecie), który radzi : „Zwolnij, ciesz się otoczeniem, rób zdjęcia. Bo czyż jest coś lepszego niż spacer na drugim końcu świata i dokumentowanie go po drodze?”.  No właśnie czy jest coś lepszego? Dla mnie nie. Jeśli chodzi o szczególne momenty , to miłe są sytuacje,  gdy szukając atrakcji i egzotyki sami stajemy się atrakcją. Ludzie widząc białych podchodzą, proszą czy mogą sobie z nami zrobić zdjęcie. Zwiedzając świątynie w Indiach, jedna rodzina włożyła mi na ręce malutkie niemowlę, a sami stanęli obok do wspólnego zdjęcia. Biały człowiek dla  wielu z nich to egzotyka.  

W trakcie podróży robi Pan przepiękne zdjęcia, które publikuje na swojej stronie internetowej, jak to jest z fotografią? Towarzyszyła Panu zawsze?

Tak, fotografią interesuję się od  bardzo dawna. Miło słyszeć, że  moje fotografie się podobają.  Fotografia dla mnie to sposób na dokumentowanie tego co widzę,  głównie miejsc które odwiedzam, ludzi których spotykam.  Robię je pod wpływem chwili. Jest takie powiedzenie, że zdjęcia robi się „sercem, okiem i aparatem”. I tak jest u mnie   -  intuicja, czy podświadomość daje impuls, podnoszę  więc aparat  do oka i robię zdjęcie.  Po powrocie z podróży dopracowuję je, wybieram najlepsze i czasami sam jestem zaskoczony co  udało mi się uwiecznić.  Jeśli ktoś miałby ochotę pooglądać moje zdjęcia, zapraszam na  stronę www.jaroslawzak.pl

Co Pana najbardziej „pociąga” w podróżowaniu?

Możliwość zobaczenia jak żyją inni ludzie, wychowani w innej kulturze z innymi tradycjami, zwyczajami, posiadający inny system wartości, inny sposób patrzenia na świat.  Człowiek po powrocie nabiera dystansu do tego co tu jest i co tu ma.

Dzięki podróżom, poznaje się różnorodnych ludzi, zarówno Polaków jak i obcokrajowców, a Internet i media społecznościowe pozwalają utrzymywać kontakt z nimi.  Z każdej podróży pozostają jakieś ciekawe znajomości, np. po ostatnim pobycie w Indiach jestem w kontakcie z lekarzem i instruktorką jogi, których poznałem w klinice medycyny ajurwedyjskiej. No i przede wszystkim, po każdej wyprawie pozostają wspomnienia, które są przecież bezcenne.

A jak odczuwa Pan warunki atmosferyczne? Przecież to całkiem inny klimat i inne wysokości niektórych terenów

Generalnie odmienne od naszych warunki atmosferyczne, nie sprawiają mi problemów, chociaż są też  wyjątki.  Do nich należy choroba wysokościowa, gdzie już od wysokości 2500 m n.p.m.  znacząco zmniejsza się  ilość tlenu w powietrzu, co może powodować mało przyjemne objawy. Im wyżej, tym tlenu mniej i pojawiają się np.: duszności, zawroty  głowy, problemy żołądkowe itp.  Najwyżej byłem na wysokości około 5200 m n.p.m.  zarówno w Himalajach jak i Andach i na tej wysokości organizm już się trochę buntował.   

A jak godzi Pan służbę w Policji z wyjazdami?

Daje się to pogodzić - po prostu cały urlop przeznaczam na wyjazdy. Odpowiednio planując można w ciągu roku 2-3 wyjazdy zorganizować.  Po każdej podróży zostawiam sobie dzień lub dwa wolnego, żeby „dojść” do siebie i ochłonąć z wrażeń.

Co Pan przywozi z podróży?

Z każdego wyjazdu staram się przywieźć coś regionalnego: płytę z tradycyjną muzyką  danego kraju, ręcznie wykonane pamiątki, obrazy, rzeźby, figurki.  W ostatnim czasie częściej przywożę rzeźbione figurki, gdyż ściany w mieszkaniu już mam obrazami prawie zapełnione...

Jakie plany na kolejną wyprawę?

Najbliższe plany to wyjazd do Birmy w listopadzie , który organizuję  na własną rękę, ale tym razem jedziemy w 2 osoby wspólnie ze znajomym. Birma to kraj , który  przez wiele lat był niedostępny i stosunkowo niedawno otworzył się dla turystów, więc myślę, że podróż  będzie ciekawa.

Wobec tego życzę dalszego odkrywania świata,  niezapomnianych wrażeń oraz dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała: Elżbieta Skiba-Szachnowska

(Wydział Komunikacji Społecznej KWP Opole / wf)

Powrót na górę strony
Polska Policja