Aktualności

Informacja

Strona znajduje się w archiwum.

PATowa szkoła policyjno-baletowa

Data publikacji 04.07.2008

Grupa dziewczyn ćwiczy na scenie elementy układu choreograficznego. Pomiędzy nimi finezyjna postać z nadzwyczajną gracją pokazuje jedną z figur. Tancerki próbują powtórzyć, ale nogi zaplątują się im w supeł. Tak było w środę podczas warsztatów baletowych na Przystanku PaT. W czwartek te same osoby tańczą już cały układ, a przypadkowi widzowie biją brawo. Iliana Alvarado uśmiecha się dyskretnie.

Prawdziwa maestria głosu nie podnosi


Wśród wspaniałych ludzi, jacy prowadzą zajęcia w płockim Gimnazjum nr 8, pani Iliana jest chyba najbardziej niezwykła. Wyróżnia się w najgęstszym tłumie – smukła, wyprostowana, z wysoko uniesioną głową wygląda ja królowa. Kiedy na stołówce niesie tacę z talerzami do stolika, to nie jest to zwykła czynność, ale czysty taniec.

- To lata ćwiczeń i dbałości o sylwetkę, postawę – mówi potem przy zielonej herbacie. - I rzeczywiście wyczuwam, że ludzie jakoś inaczej mnie odbierają, że się wyróżniam. Ale np. i tym, że kiedy mam długo siedzieć, to kładę nogi na drugim krześle, dla tancerki takie "sztywne" siedzenie jest trudne do zniesienia.

O Przystanku PaT opowiada tak: - To mój pierwszy Przystanek, przyjechałam, bo poprosił mnie o to Grzegorz [Jach]. Poznaliśmy się w takim... nazwę to muzealnym środowisku w Warszawie. Chciał, żebym pomogła, więc jestem. Mam doświadczenie w pracy z młodymi ludźmi, takimi "z ulicy", w Warszawie prowadzę Studio Choreograficzne "Ilyadanse", sporadycznie mam zajęcia w studium tanecznym przy Szkole Baletowej, Byłam zapraszana do prowadzenia warsztatów Poznaniu...

Iliana Alvarado myślała, że w Płocku na Przystanku zapisze się do jej grupy najwyżej sześć osób. A ma ich blisko 20.
- Niewiele mogę ich nauczyć w tak krótkim czasie, to oczywiste. Skopiowaliśmy kilka stron z książki Arnolda Haskela o balecie (gdzie jest mowa o rodowodzie baletu) i rozdaliśmy uczestnikom warsztatu z tańca klasycznego natomiast na naukę baletu nie było czasu, gdyż celem jest pokazanie „momentu choreograficznego". Młodzież nie zna baletowego nazewnictwa, ale je używam i jednocześnie pokazuję, co mają robić - mówi o swojej pracy.

Pod koniec czwartkowych zajęć na niektórych twarzach widać już zmęczenie, ale grupa twardo ćwiczy, niektóre fragmenty układu powtarzane są po kilka razy pod rząd. Wyróżnia się drobny Michał. On najlepiej rozumie polecenia mistrzyni i jego taniec staje się powoli podobny do lotu ptaka. Wygrywał już konkursy w tańcu folklorystycznym, ale ma też podbudowę z tańca klasycznego. Pani Iliana bardzo go chwali. Jest jeszcze dziewczyna, która rusza się jak uczennica szkoły baletowej, ale na co dzień nie zajmuje się tańcem. Niektórzy mają problemy z utrzymaniem wyprostowanej sylwetki, uniesieniem głowy, krokami, ale wszyscy jak zaczarowani wsłuchują się i wpatrują w swoją nauczycielkę. Nawiązuje się między nimi jakaś magiczna łączność. Iliana Alvarado mówi spokojnie i cicho, nawet kiedy przykłada mikrofon do ust, jej głos jest łagodny. Mówi zresztą niewiele, często podnosi się i pokazuje, jak trzeba wykonać zadanie. I oni to robią, a przynajmniej bardzo się starają. Tak ze swoimi uczniami może porozumiewać się tylko prawdziwy mistrz i tę maestrę dzieciaki po prostu czują.

Pani Iliana ma nieco miękki, południowy akcent i niezwykłą, trochę egzotyczną urodę. - Bo moja mama jest Polką, tata Kolumbijczykiem, a urodziłam się w Pradze i wychowałam na Kubie – uśmiecha się tancerka i popija herbatę. - Języka polskiego zaczęłam się uczyć, jak miałam 11 lat, maturę zdawałam również polską, choć na Kubie. Balet też zaczął się tam.

O tańcu mówi z iskierkami w oczach. Jej ulubiona definicja brzmi: "Taniec jest jedyną sztuką wizualną, która pozwala zapomnieć ludziom, że są tylko ludźmi". Opowiada, że w tańcu można się zatracić; kiedy już opanuje się choreografię, przeliczy te wszystkie takty, kroczki, układy, to zaczyna się najwyższy etap. Wtedy właśnie można osiągnąć stan ekstazy, niezwykłego wyzwolenia się z samego siebie, z miejsca i czasu, w którym niby się jest, a jednak się człowiek odrywa. Taka jest tajemnica i magia tańca.

- I to nie musi być wcale balet, nawet na dyskotece czy na weselu można się tak w tańcu zatracić – zapewnia. I to właśnie chciałaby przekazać swojej grupie na Przystanku. Że można osiągnąć stan doskonały bez narkotyków czy innych używek. - Ja im nie mówię tego wprost, nie apeluję, żeby nie brali. Ja chcę, żeby przeżyli coś, co bardziej do nich przemówi niż najmądrzejsze słowa – dodaje.

Atmosfera Przystanku bardzo się jej podoba. Wzajemna życzliwość, szczera chęć młodych, żeby nauczyć się jak najwięcej, że się nie wstydzą tych ćwiczeń, które mogą wydawać się śmieszne, że ich koledzy z innych warsztatów, jeśli czasem przystaną popatrzeć na jej zajęcia, każdy udany popis nagradzają brawami. I sama szkoła, w której się wszystko odbywa. - Ma niezwykłą architekturę sprzyjającą skupieniu i tworzeniu, nie wiedziałam, że w Polsce są takie szkoły – zapewnia.

Jakie jest jej najpiękniejsze wspomnienie?

- O, mam wiele pięknych wspomnień – mówi pani Iliana – ale powiem o jednym z nich. To było w 1983 r. na Jazz Jamboree. Na deskach teatru Studio w Warszawie wystąpiłam jako tancerka improwizująca, grał kontrabasista Helmut Nadolski z 12-osobową orkiestrą muzyków - kompozytorów. I ja wtedy tańczyłam maksymalnie, miałam w sobie jakąś wielką siłę... tak, to był mój taniec życia.

Ten taniec w Warszawie przebił jej inne doświadczenia, a ma ich niemało na koncie. Jest absolwentką Narodowej Szkoły Sztuki w Hawanie. Tańczyła w Balecie Narodowym Kuby, odbywała staże w Barcelonie, Tarragonie i w Belgii. Na Hawajach uczyła się tańca hula, 4-miesięczny staż pedagogiczny odbyła w Centre National de la Danse w Paryżu.
Była tancerką, w corps de ballet w Teatrze Wielkim w Warszawie, w Teatrze Tańca "Silva Rerum" w Krakowie oraz solistką Operetki w Warszawie. Prowadziła zajęcia baletowe i choreograficzne w ramach Laboratorio Teatrale przy Teatrze Pirandello w Agrigento (Sycylia) oraz w prywatnej szkole tańca w Bremen (Niemcy).

Jakie najpiękniejsze chwile jeszcze się zdarzą?
- Na to pytanie nie odpowiem, nie chcę zapeszyć – Iliana Alvarado uśmiecha się trochę tajemniczo.



PaTowe wakacje z Policją



Gimnazjaliści, licealiści, studenci. Zgrupowani w jednej szkole. Mieszanka wybuchowa! Właściwie powinni być groźni – pić, bić, nawet ćpać. Wiadomo, jacy ci młodzi są... Wszystkich, którzy potrafią tylko powtarzać stereotypy, powinno się tu przyprowadzić. Do tej szkoły, którą zorganizowała... policja.

Co prawda trwa tylko pięć dni, i to w wakacje, ale nauka odbywa się nieustannie. Nazywa się Przystanek PaT, mieści się w Gimnazjum nr 8 w Płocku. Każdy "uczeń" ma identyfikator.


Przy wejściu do budynku wytrwale stoją harcerze. Przyjechali z Kętrzyna i są PaTrolowcami. To służba porządkowa, sprawdzają, czy wchodzący mają identyfikatory (bez nich nie wpuszczą), czy okna są pozamykane, różne takie obowiązki. Jeśli pojawią się kłopoty, zgłaszają je do podoficerów. To wolontariusze, którzy na przystanku pełnią funkcje pomocnicze. Np. obsługują nieustannie punkt informacyjny.

Są niezawodni. - Gdzie można znaleźć pana X lub panią Y? - Proszę poczekać chwilkę – pada odpowiedź i podoficer przez radiotelefon rozpoczyna poszukiwania. Młodych ludzi z radiotelefonami można spotkać na każdym kroku, więc odpowiedź przychodzi natychmiast. Jak nie wiesz, gdzie jest miejsce, do którego chcesz dotrzeć, zawsze znajdzie się ktoś, kto cię zaprowadzi.

W studio filmowym dostaniesz każde zdjęcie z Przystanku, jakie cię interesuje. - Ooo, akurat tego pana nie sfotografowaliśmy, proszę chwilę poczekać – mówi szef studia i przez radiotelefon prosi, by ustalić, gdzie akurat znajduje się osoba, której podobizny brakuje do serwisu. Kilka chwil i uśmiechnięty Jan Goliński (student) ma już to, co jest ci potrzebne.

Działa też redakcja, która wydaje codziennik "PaTrz". Redagują studentka Ania z Poznania i licealista Hubert z Siedlec. Relacje wydarzeń każdego dnia może pisać każdy chętny.

Aha, są jeszcze oficerowie. To już prawdziwi policjanci, jedni z tych, którzy organizowali Przystanek. Oni są ostateczną instancją. Przystankowe radio co chwila podaje komunikaty, bo ktoś coś zgubił albo znalazł, więc trzeba zgubę skontaktować z właścicielem. Wszystko działa tak sprawnie, aż trudno się oprzeć wrażeniu, że Przystanek to odrealniony, idealny świat. Z zewnątrz strzegą go policjanci z płockiej komendy.

Uczestnicy przystanku mają pełną swobodę w wybieraniu zajęć. Mogą nawet, jak im się nie chce, nie przychodzić na nie. Czy to do pomyślenia w szkole?! Ale nie to jest najdziwniejsze. Najdziwniejsze jest, że przychodzą! I nikt się nie obija.

W czwartek do obiadu zajęcia były niezwykle intensywne. Grupa teatralna miała próby do widowiska "Europa", monumentalna to rzecz i próbowanie odbywało się na rozpalonym do nieprzytomności placu przed gimnazjum. Trudno powiedzieć, czy zauważyli, że słońce prażyło całkiem jak w Afryce... Grupa plastyczna ćwiczyła na boisku... to był właściwie morderczy trening. Nikt się nie wycofał. Efekt swojej pracy pokazali wieczorem, happening wymalowanych postaci, dynamiczny taniec przyciągał mieszkańców osiedla spacerujących po alejkach wokół szkoły.

Żadne warsztaty się nie oszczędzały. Kto miał akurat przerwę, to albo szedł się chwilę zdrzemnąć (nocne zajęcia kończą się nad ranem), albo leciał popatrzeć, co robią inni. Coś dobrze wyszło – brawa! A jak udało się dopaść aktora, poetę czy innego profesjonalistę, to rozmowom nie było końca, w końcu taka okazja zdarza się tylko na Przystanku.

Śliczna dziewczyna – istna rusałka w kapeluszu w kwiaty (zagrała w płockim przedstawieniu "Blackout") przystanęła na schodach przed szkołą i aż westchnęła: - Cudnie tu jest... Wspaniale ODPOCZYWAM!
No i zrozum tu dzisiejszą młodzież...
Powrót na górę strony